czwartek, 1 lipca 2010

Turlaj się po Tatrach!


Pojechały na ploty, a skończyło się:

- oskarżeniem o tony marchwi w walizce;
- dwoma śliwami na skroni, brodzie oraz półrozwalonym nosem i ćwierćrozwaloną wargą;
- kupnem kijków samobijków;
- prawie kupioną czołówką;
- tonami kupionych koralików
- posiadaniem zajebistego rzemyka i krótkich spodenek :)
- nauczeniem się prawidłowej wymowy angielskiego "three" oraz "thing" (lekcje pobierałyśmy u mistrza survivalu - Tylor'a :)))
- imprezą urodzinową Mikiego
- wynalezieniem nowego sportu pt. TURLAJ SIĘ PO TATRACH
- przedreptaniem ponad 40 km :)

o czymś zapomniałam?

aaach zdjęcia! w galerii :)

pozdr
ania w.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Lepiej dojrzewać, niż zgnić, czyli męska wersja olsztyńskich opowieści.


Słowo się rzekło, więc trzeba napisać parę niemądrych słów, bo przecież nie od dziś wiadomo (wg. definicji Ani i Moni), że inteligentni mężczyźni po prostu się nie rodzą :)
 

To miał być spokojny, kulturalny wyjazd, a skończyło się jak zawsze. Dziewczęta po zeszłotygodniowym wypadzie z brylującym wysokim poziomem dobrego wychowania Mikim, łudziły się, że i tym razem będzie podobnie. Niestety to właśnie One wykazały się wszelkiego rodzaju niesubordynacją przestawiając (tak jak wyszły ze śpiworów ukazując w świetle księżyca swoje ŁADNE nogi - szkoda, że tylko Miki miał okazję to zobaczyć) nasz namiot i obracając go o 180 stopni. Żart o ile podstępny, o tyle nieudany, ponieważ podczas nieobecności dziewczyn, Miki zajął ich namiot i "okopując się" zajął strategiczną pozycję na karimacie :) Cała akcja (w wielkim skrócie) zakończyła się zamianą miejsc i w miarę spokojnym noclegiem aż do pobudki przez okolicznych stolarzy :)

Po obfitym śniadanku naparliśmy na Bońka (ale nie tego agenta), gdzie naszym wspinaczkowym łupem padło parę szczelin i jeden komin :) a szczególnie naprzykrzająca się młodzież nie zniechęciła nas do wspinania. Brawa dla Mikiego za kolejne VI.1 w kolekcji oraz dla Ani za... nową ksywę - jaszczurka :) Przymuszeni narastającym głodem wróciliśmy na porządny posiłek i odrobinę leżenia bykiem. Wieczorkiem pękło jeszcze parę ciekawych dróżek przy zamku, ale emocje miały zacząć się dopiero następnego dnia ;)


W niedzielę wybraliśmy się na zamkowe zaplecze w celu rozdziewiczenia kilku nieswornych szczelin :) co obrodziło w liczne ćwiczenia własnej asekuracji i wzmocnienie równie nieswornej tego dnia psychy. Wymęczeni bardzo nieznośną (i niedokończoną, ale ze znalezionym patentem) szóstką, zmuszeni byliśmy przyglądać się zaparkowanym pod skałą samochodom i dzikim zjazdom miejscowej młodzieży :) Poszło kolejnych parę wymagających dróżek - tak przynajmniej wyglądały z dołu w mojej roli obserwatora - i dwa bulderki na dobicie paluchów. Spragnieni miejskiego powietrza ;) zażyliśmy ostatniego podczas tego wyjazdu posiłku i udaliśmy się z powrotem do swoich codziennych kwater.

 

Wszystko, co nie zapisane niech pojawi się w komentarzach, a co pojawiać się nie powinno, niech pozostanie słodką, wyjazdową tajemnicą :))

niedziela, 6 czerwca 2010

O dwóch takich co wybrały się z Mikim na wspinanie

Jedna potykająca się non stop o sznurówki i nabijając sobie siniaki, druga pozbawiona głosu (karma?!) i skazana przez to na 3 dni milczenia (czyt. wykluczona z rozmów i dyskusji) oraz Miki, czyli ten, który o nas dbał i ogarniał - w trójkę wyśledziwszy lukę pogodową naparli śmiało na podlesickie skały.

Prosto z drogi, stwierdziwszy że ukulturalnić się od czasu do czasu można, wpadli na szybko do Biblioteki. Miki czytać umiał i od razu znalazł jedynkowe egzemplarze, potem szumu narobili bo pokazali wspaniałą technikę klinowania w rysach i wieczorem uciekli na team-bro-clajmbingowe rozmowy.

Następnego dnia byli sensjacją Apteki - opuszczając sie na półwyblinkach ratowali czerwoną kość cudzym jebadełkiem (bo własnego nie posiadali). Kość uratowana choć lekko powykręcała się z bólu...ale będzie żyć (ufff...)
Rozkręciwszy się na plusowych piątkach na własnej, przerzucili się następnie w ciszy i skupieniu na plusowe szóstki również na własnej ( i bynajmniej nie z powodu mojej niemożności mówienia). I oczywiście znowu padły rysy, bo przecież nie ma nic piękniejszego. Wieczorem, romantycznie przy zachodzie słońca próbowali swoich sił na nieco trudniejszej wycenie. Krew jak zwykle z palców się lała, słowa latały...chyba, że ktoś nie mógł mówić-walczył wtedy w ciszy dopingowany słynnym "świeży jesteś! wyciskaj!Obiadu nie będziesz musiała robić!"

Kolejny dzień przyniósł nam nowe wrażenia i sensacje (dbamy o to aby, o TBC głośno było jak ziemia długa i okrągła). Po pierwsze, od dziś lewa to prawa a każdy z nas ma pierwszą lewą i drugą prawą czyli nie tą lewą. Po drugie, to co łatwe jest trudne, a to co trudne nadal jest trudne i nie ma...no nie ma :) ( jak nie wierzycie zapytajcie się Mikiego, który z 6.2/2+ usiłował zrobić VI+ :) ). Po trzecie...hmmm...po trzecie na jedzenie do Rzędek nie ma co jechać bo drogie i 'be'. A po czwarte jeśli mija się 7 wozów straży pożarnej, a w każdym jest min 4 strażaków to znaczy że jest w czym wybierać :)

Oby pogoda w przyszły weekend była równie uprzejma jak teraz.

PS. Jest rysa do zrobienia.Przewieszona. Jeśli mi pożyczycie camy i zechcecie wesprzeć dobrym słowem dopingowym to gwarantuję Wam zajebiste zdjęcia.Możemy negocjować :) A rysa taka niczego sobie jest...

czwartek, 27 maja 2010

TBC tworzy historie... niestworzone!

Wejdź i zagłosuj na radosną twórczość pod szyldem Team Bro Climbing (TBC) http://www.wspinanie.pl/serwis/201005/26-konkurs-opowiadanie-climbing-technology-ciag-dalszy.php Masz czas tylko do wtorku 2 czerwca, więc mysze w ręce i do głosowania!

wtorek, 23 marca 2010

Costa Blanca 2010

W galerii cześć zdjęć z wyjazdu do Hiszpanii - Costa Blanca, a poniżej nasze ważniejsze "zdobycze" w kolejności chronologicznej z drobnymi komentarzami :-)

ECHO VALLEY Castillo-Wasp Area - Scorpion (IV+) ~125m
- droga "na rozgrzewkę". Musieliśmy upewnić się, że nie zapomnieliśmy jak zakłada się przeloty, asekuruje i z dołu, i z góry ;-) zjeżdża, a przede wszystkim porozumiewa bez użycia instrumentów głosowych :-) Z drobnymi trudnościami pod koniec drogi (Miki po prostu ambitnie startował do prowadzenia siódemkowej drogi, a co się będziemy szczypać ;-) udało się, a dzień zakończyliśmy na plaży...

PENON de IFACH The north Face - Via Pany (V) ~220m
- zdecydowanie najładniejsza droga pod względem widoków.. i stopnia obsrania przez lokalne ptaki gnieżdżące się w zakamarkach skały. Wybór północnej ściany był chyba najbardziej trafioną decyzją dnia. Od strony południowej zostalibyśmy najpewniej usmażeni przez słońce. Szczytowanie zakończone niespodzianką ;-) dwoma wygłodniałymi, rudymi kotami, które z chęcią pożerały kawałki naszych kanapek. Łagodne zejście turystycznym szlakiem prowadzącym przez sympatyczny tunelik wydrążony w skale. Dzień zakończony moczeniem stóp w morzu :-)

CABEZON DE ORO Pared de Los Alcoyanos - Via Gene (V) ~315m
- najbardziej urozmaicona droga pod względem rzeźby i ciekawych ruchów. Z początku wydawała się nieco parchata, ale szybko zmieniła swój charakter i dała sporo radości. Na koniec chyba największa niespodzianka wyjazdu :-) przypadek (jeden na milion??) sprawił, że zaklinowała się nam przy ściąganiu Piotrkowa lina. W jaki sposób - widać na jednym ze zdjęć. Akcja ratunkowa dwa dni później odniosła pozytywny skutek - lina wróciła do właściciela i mogliśmy szykować się do następnego celu.
p.s. stado dzików zbiegających tuż obok nas piargiem dostarczyło jeszcze nieco dodatkowych emocji - szczęśliwi ci, którzy nie zdążyli w tym czasie jeszcze dojechać do gleby :D

PUIG CAMPANA - Espolon Central (IV+) ~450m
- najdłuższa i długo wyczekiwana droga, którą pozostawiliśmy na koniec pobytu, jako podsumowanie dotychczasowych zdobyczy - względnie prosta, aczkolwiek ze względu na długość i grzejące słońce mocno wyczerpująca. Tym razem odbyło się (oprócz drobnego, ożeźwiającego deszczu) bez przygód, aczkolwiek w towarzystwie dwóch dwuosobowych, hiszpańskich zespołów, które odpowiednio motywowały nas do szybkiego grzania w górę, co też skutecznie wprowadzaliśmy w życie, jako pierwsi osiągając top :-)