poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Weekendowa akcja "Ryś"

Tomek namawiał mnie na wyjazd od tygodnia. W środę wykręcałem się wycieczką do Amsterdamu, w czwartek słabą formą, w piątek deszczową prognozą. W sobotę rano, kiedy wtargaliśmy szpej na Słoneczne Skały w Dolinie Szklarki, dotarło do mnie, że tym razem się nie wykręcę.
Mocnym składem Katarzyna, Marcin, Tomasz i Piotrek, z impetem otworzyliśmy sezon na szlajanie się po Polsce południowej.
Samo wspinanie, jak to wspinanie: OSy, loty, "Tomeeek, ściągnij mi ekspresy!", "Suka!" (to nie przekleństwo, suka to samica psa), posuwanie małpy na grigri a w tle grzmoty skradających się między promieniami słońca burz (nawet szamańskie pieśni konkurencyjno-zaprzyjaźnionych zespołów nie powstrzymały deszczu). Co do obiektywnych trudności napotkanych podczas wspinania, było trudno. O wyceny trzeba pytać kogoś kto w topo patrzył. Na szczęście opady deszczu zaczynały się w momencie, w którym już nikomu nie chciało się wspinać (ale głupio było się do tego przyznać) i stanowiły najlepszą wymówkę, żeby iść na jedzenie. Z kulinarnych patentów: Kaśka negocjuje ceny, nie zamawiamy grzanego wina, jajecznica na śniadanie daje nie tylko siłę, ale też masę.
Wieczory minęły na tarasowym piwie, hazardzie, filmach z górami w tle i sprawdzaniu, czy napiętą taśmą da się wyrwać słupek ogrodzenia... da się!
W drodze powrotnej Marcin dokonał na którymś zakręcie tuningu układu wydechowego i samochód zaczął pracować jak Ford Focus WRC, niestety bez wzrostu przyspieszenia. Na szczęście bez większych przygód, w oparach Pb95 dotarliśmy do domu.
W ramach nauki hiszpańskiego poznaliśmy słowa: verde, carbon i tetas grandes.
Na przyszły raz, trzeba uważać na grasujące po okolicy rysie, czają się na nierozważnych wspinaczy! :)

Jak na otwarcie sezonu, ocena ze wspinania 5+ a nawet 6. Za to z biologii 2!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Pobudka z zimowego snu!


Dementując pogłoski... Team Bro Climbing nadal walczy. Po prostu wszyscy nagle otrząsneli się ze snu zimowego i ładują tak nieprzyzwoicie, że nie ma komu pisać. Niektórzy wychowują już nowe pokolenie wspinaczy, inni oddają się treningom siłowym i wytrzymałościowym na ściankach i baldach (...chociaż właściwie bulder to nie wspinanie :P). A jeszcze inni ładują psychę na cały nadchodzący sezon (po 6% w pakietach 0.5l). Zaraz majówka, co prawda niektórym nie udało się urwać całego tygodnia, ale i tak będziemy mogli zweryfikować stan naszych przygotowań. Nie wiadomo jeszcze do czego się przygotowujemy, ale gotowym trzeba być!

poniedziałek, 5 września 2011

Sprzątanie po wyjeździe

Od powrotu minął miesiąc, a dalej po nocach śnią mi się płyty i kaloryfery na Peña Regaliz. Do blogowej galerii dodałem trochę zdjęć, no a film z wyjazdu jest wrzucony na Vimeo.
Trzeba znaleźć nowy cel na przyszły rok :).

piątek, 5 sierpnia 2011

¿Cuantos años tienes?

c.d. hiszpańskich opowieści.
Już sama myśl o wylegiwaniu się na plaży powodowała radosne rozszerzanie się źrenic, jak po zażyciu jakiegoś narkotyku. Tak zwany banan na twarzy zwiększał swoją szerokość tuż po dotknięciu palcami stóp miękkiego piasku. Poskramianie fal poprzez rzucanie się na ich grzbiety stało się nieodłączną rozrywką naszego pobytu w Hiszpanii. Z kolei aparaty fotograficzne z najmocniejszym zoom'em odegrały znaczącą rolę obserwowaniu jakże zaskakujących obiektów szczególnie męskiej uwagi w postaci opalających się top-less autochtonek. My natomiast wzbudziliśmy zainteresowanie tubylców grając w pokera. Z braku żetonów (o pieniądzach już nie wspominając) używaliśmy własnych ciał wykonując karne pompki zamiast tracić kolejne, cenne krążki. Lekko zarumienione przez słońce, dobrze umięśnione korpusy i ramiona powodowały westchnienia nie jednej z plażowiczek.
Po naładowaniu akumulatorów wyznaczyliśmy kolejny cel wspinaczkowy, jakim była droga Via Divertimiento na ścianie Peña Regaliz (2196m n.p.m.). Realizacji zadania pomóc miała wczesna pobudka i sprawne wyjście w góry. Tym razem było to typowe wspinanie towarzyskie, ponieważ wszystkie trzy zespoły po kolei wbiły się w tę samą linię. Przysporzyło to wiele okazji do hucznych dyskusji, a w szczególności wymian zdań w damskim zespole dotyczących kolejnych operacji na stanowiskach. Bardzo ciekawa droga dostarczyła nam sporo radochy i nawet parchate, kamieniste zejście nie było w stanie zburzyć tego stanu.
Ostatnie dwa dni przed powrotem do domu zorganizowaliśmy raczej w standardowy dla tego wyjazdu sposób. Był oczywiście ocean, było szlajanie się po knajpkach z żarciem (mimo szczerych chęci jedzenie spaghetti, czy innych makaronów też ma swój limit) i na finał był także Madryt z doskwierającą temperaturą ponad 30 stopni C oraz zagubionymi sandałami w drodze na lotnisko. Co złego to nie my. Ze swojej strony dziękuję za wyjazd i reset umysłu z prawdziwego zdarzenia! Co najważniejsze - na kolejny tego typu wyjazd nie można zapomnieć o dmuchanym kółku ratunkowym do walki z falami!

czwartek, 4 sierpnia 2011

¡Viva España!

Najwyraźniej nadszedł najwyższy czas, aby przemóc blogerską niemoc TBC i zdać relację z ostatniego górskiego wyjazdu, który zakończył się zaledwie kilka dni temu. W tym roku wybór padł na masyw Picos de Europa, w północnej części Hiszpanii. Co prawda kraj ten sam (co rok wcześniej), ale sam klimat, pora i okoliczności przyrody znacząco inne.
"Wycieczka" rozpoczęła się zaskakując część teamu remontami na drodze do lotniska. Zakładany nadmiar czasu niezbędny do bezpiecznego dotarcia na Okęcie okazał się nie tyle niewystarczający, co nieco niepokojący, szczególnie dla tych, którzy niemal na godzinę przed odlotem nie byli pewni dotarcia do pierwszego celu podróży. Na szczęście, jak to w bajkach bywa, wszystko skończyło się dobrze i jeszcze tego samego dnia wylądowaliśmy w Madrycie. Szybki i wygodny transport na północ kraju zapewniły nam dwa szalone rydwany napędzane wysokoprężnymi silnikami diesla: biała i czerwona strzała, w których podzielony na dwie części team otrzymał tajne kryptonimy krótkofalarskie, odpowiednio: jajo i kura.
Lądowanie w Fuente De, naszej (równie ściśle tajnej jak kryptonimy) bazie wypadowej odbyło się późnym wieczorem, właściwie już w nocy, a poranek zaskoczył nas nie tylko miłymi górskimi widokami, ale również dokuczającym deszczem. Pierwsze dwa dni spędziliśmy zatem na rekonesansie terenu rekreacyjnego, jak na prawdziwych wczasowiczów przystało. Zbadaliśmy zarówno trudności lokalnych podejść, jak i ostrości zakrętów miejscowych dróg prowadzących nad ocean (wym. ołszyn). Szczególnie te pierwsze zweryfikowały możliwości kondycyjne niektórych z nas, przypominając o obowiązkowym szacunku do wysiłku niezbędnego do zdobywania górskich szczytów.
Zarówno prognozy pogody, jak i ich rzeczywiste odzwierciedlenie pozwoliły na realizację ambitnego planu zdobycia szczytu Naranjo de Bulnes (Picu Uriellu) i wdrapania się na wysokość 2519 m n.p.m. Zanim jednak do tego doszło, zaliczyliśmy jeszcze wjazd uroczą kolejką linową z Fuente De oraz kilkugodzinne podejście do schroniska z "drobnymi" przerywnikami na wspinanie, gdzie team podzielił się na dwie grupy: rozgrzewkową i ambitną. Pierwsi czujnie przewidywali co ich czeka kolejnego dnia i oszczędzali siły, drudzy równie czujni wierząc w niewyczerpaną moc swoich niezawodnych mięśni nie przelękli się nawet 400-metrowej ściany.
Mimo harmidru jaki panował w schronisku, procentujące z poprzedniego dnia zmęczenie nie pozwoliło na zbyt wczesną pobudkę, a co za tym idzie na wczesny wymarsz pod ścianę. Tym razem również wybraliśmy dwa różne cele, oba na północnej ścianie Picu, czyli drogi Pidal-Cainejo oraz Martínez-Somoano. Tempo, jakim poruszali się hiszpańscy koledzy napawało optymizmem i pozwalało na szacowanie w miarę szybkiego zakończenia "drogi dnia". Dzięki dobremu zmysłowi orientacji w terenie dość szybko udało się znaleźć zagubioną już na starcie linię drogi Pidal-Cainejo i bez większych problemów piąć na sam szczyt. Tam niestety brak wody i palące słońce zaczęły doskwierać na tyle mocno, że wręcz wyciskaliśmy ostatnie krople z praktycznie pustego już camel-bag'a. Nie to jednak okazało się największym problemem. Wymieniony w opisie EWIDENTNY zjazd południową ścianą nie istniał. W głowie zaczęły rodzić się myśli o noclegu w prawie-dupówie. Zmęczenie i desperacja zaczęły objawiać się maniakalnymi, hiszpańskimi głosami dochodzącymi z dołu ściany. Fata morgana przeistoczyła się jednak w rzeczywistość, objawiając się sylwetką pary wspinaczy z Hiszpanii, którzy przywrócili nam nadzieję na powrót do schroniska i normalny nocleg. To jednak my zaskoczyliśmy ich bardziej w drodze na ziemię, zakładając jedno ze stanowisk zjazdowych ze starej kości znalezionej w ścianie i kawałka drewna (korzenia?). Dawno nie widziałem tak zaniepokojonego człowieka. Koniec końców, cali i zdrowi wróciliśmy na obiekt, w którym mimo braku ciepłej wody udało nam się umyć najbardziej wrażliwe części ciała.
Powrót do Fuente De okazał się dużo szybszy niż się tego spodziewaliśmy. Na nasze wyobraźnie zadziałała prawdopodobnie perspektywa szybkiej ewakuacji nad ocean, w którym chcieliśmy łagodzić niedogodności ostatnich dni... c.d.n.