Tym razem relacja na świeżo, bo kolejne wyjazdy zlewają mi sie w jeden. Następny weekend według schematu - Tatry -> deszcz -> Olsztyn.
Miłym zaskoczeniem była wizyta Kasi i Marcina, mieli nie jeździć do terminu
porodu... ale że Kasia jest już po terminie to zupełnie inna sprawa ;) Znowu
spaliśmy w garażu, miało to swoje zalety w postaci szaszłyków z grilla i wina. Następnym
razem tylko zmienimy przepis, więcej mięsa, mniej cukinii... wina tyle
samo. Weny do wspinania nie miał chyba nikt, pogoda nie sprzyjała, ale metrów
parę urobiliśmy, na Słonecznych. Dalej po głowie chodzi mi "bez sensu tu
odpadłeś", takie małe wspinaczkowe nemesis. W niedzielę przenieśliśmy się na Lipówki gdzie dominowało fajne
płytowe skradanie. Marcin dał odpocząć kontuzjom, my powalczyliśmy na różnych
wycenach, w większości zaskakujących. Jak zawsze wsadziłem palec nie tam gdzie trzeba, jak zawsze z głupoty, licznik dni restowych wyzerowany. Za to Ewa świetnie wykorzystała okazję żeby doszlifować dynamiczną asekurację:
poniedziałek, 15 lipca 2013
Sezon w pełni
Zamieszkaliśmy Pod Aniołami. Anioły akurat kończyły siwuchę, wstawały na 7 do roboty na pobliskiej budowie. My zrobiliśmy po piwku i
ustawiliśmy budziki na równie wczesną 10. Poranek powitał nas deszczem, spacerem
na rynek, jajecznicą i sobotnią pracą dla niektórych.
Na wspinanie dobił do nas
Maro z rodziną. W tak wzmocnionym składzie ruszylismy na Góry Towarne, jedyne
miejsce w promieniu 100km gdzie nie padało. Pierwszy dzień władował nas w
podobne drogi, dla jednych rozgrzewkowe, dla innych oznaczające walkę o życie :)
Przy okazji dostaliśmy iście instruktorskie przeszkolenie od Mara, na temat
zjazdów. Znaleźliśmy piękną rysę, startującą w takiej kleszczynie, że nikt nie
chciał tam iść. Na szczęście za rogiem była kolejna rysa w zacięciu między
płytami, kości siadały same, z wyjmowaniem było gorzej, ale Aga do perfekcji opanowała obsługę jebadełka. Odhaczyliśmy rejon w topo, z pogardą dla śmierci. Asekuracja, zwłaszcza pierwsze wpinki były robione pod bardzo wysokich. Kokos, polecam ;).
Zebraliśmy się przekąpać i sprawdzić komu gdzie się kleszcz
przyczepił. Wpadliśmy do Żarek na jedzenie, wieczór upłynął na tarasowych
rozmowach z piwem.
Niedziela powitała nas twarożkiem z 2kg sera, który starczył
jeszcze na obiad i kolację. Trafiliśmy najpierw na Słoneczne, żeby popracować
nad opalenizną. Przy okazji zaliczyłem pierwszy lot z agrafką w krótkiej acz burzliwej karierze -
obwiniam zbyt gęstą asekurację. Potem przenieśliśmy się na Ganek Ewy, gdzie
upolowaliśmy 30metrową rysę na własnej i równie długi filar. Zwłaszcza rysa
okazała się porządnym, psychicznym wspinaniem, z aspektami
towarzyskimi. Monika zrobiła kolejną mocną cyfrę w stylu flash. Zestresowała się
tym, że kluczowy trawers łatwo jej poszedł i prawie odpadła w trawkach przy
stanowisku, ale wytrzymała do końca. Pouczona dzień wcześniej na temat zjazdów,
z zapałem przekazywała wiedzę okolicznym zespołom.
Po wspinaniu skoczyliśmy na lody do Olsztyna, w ten sposób oszukaliśmy wroga wspinaczy - głód. Droga powrotna minęła szybko, sprawnie i przyjemnie.
Po wspinaniu skoczyliśmy na lody do Olsztyna, w ten sposób oszukaliśmy wroga wspinaczy - głód. Droga powrotna minęła szybko, sprawnie i przyjemnie.
poniedziałek, 27 maja 2013
Olsztyn 17-19 maja
- Katarzyna spędzała czas w skałach w możliwie najlepszy sposób, na kocu, z ksiażką. Można by powiedzieć "do góry brzuchem" ;). W niedzielę chodziła z czerwonym śladem na policzku, podobno pozostałość po nierównym opalaniu się a nie efekt małżeńskiej kłótni ;)
- Monika przeszła kocim ruchem okoliczne okapy, zadając z nieistniejących odciągów i stąpając po przewieszonych płytach. Dodatkowo trochę podpuszczona zorganizowała jajecznicę na śniadanie :)
- Sebastian pomimo lęku wysokości nie miał wyboru, władowaliśmy go w brudną studnię, zarośniętą i parchatą rysę oraz kilka kruszących się płyt. Nabrał już górskiego instynktu i wspinał się z przypiętymi adidasami, co oszczędziło mu łez na zejściu.
- Ustalmy że ja się nie wspinałem, tylko wisiałem na linie i robiłem ładne zdjęcia. Pod warunkiem że dziewczyny dały mi czas na rozwieszenie sprzętu ;)
- Spaliśmy w najdroższym garażu w jakim zdarzyło mi się spać (a pierwszy raz to nie był).
- Rybka po wspinaniu mimo że nie zapycha tak jak kotlet, jest dobrym pomysłem.
- Zdjęcia robione centralnie z góry w zespołach męskich są pomyłką.
- Zamek w Olsztynie - za darmo, dobre towarzystwo, szybkie zwiedzanie. Najważniejsze że mogę mówić że byłem :)
- GOPR w sezonie 2013 stara się być w dobrych stosunkach ze wspinaczami
- Skrót lokalnego mazowieckiego przewoźnika kolejowego pochodzi od słów ku*wa i mać :D
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Paklenica w jeden weekend
szybka trójka Włodek, Rafał i ja. Lanos mieści tylko 4 osoby, więc odpadł. Został Lublin Rafała (i spółki), Eurobus 2012, 9 osobowy, mocno stuningowany potwór, posiadający ring bokserski na dachu, basen, megafon oraz 12 calowe dildo. Chwila lekkiej paniki, bo samochód starszy niż suma lat wszystkich pasażerów, ale sprawdzony i po remoncie. Dodatkowo do ekipy dołączyli Aneta, Piotrek i Marcin.
Załadowaliśmy tonę żelastwa, lin i namiotów w samochód, w sobotę rano ruszyliśmy w drogę. Silnik przegrzał się przed Piotrkowem. Przed Częstochową metaliczne uderzenia wału korbowego stały się głośniejsze niż zwykle. Kontrolowana panika, szybki telefon po znajomych w poszukiwaniu mechanika w okolicy (dzięki Łysy!) wyznaczył nam nowy cel podróży, Kroczyce. Mechanik usłyszał dźwięki z silnika, zapytał gdzie chcemy dojechać, uśmiechnął się szeroko. W takiej sytuacji jedyne co mężczyzna może zrobić, to iść na loda. Wróciliśmy, diagnoza jednoznaczna, panewki korbowodowe, przy odrobinie szczęścia doturlamy się do Warszawy. Pojechaliśmy do Podlesic na stryszek, zrzuciliśmy rzeczy.
Dłuższa narada w której padały różne dziwne propozycje, wynająć busa bez AC, bo tani i w ładnym kolorze, Sokoliki i miłe sportowe wspinanie na mój rozjebany palec. Włodek dostał telefon z domu, że syn mu się rozchorował. Czyli wiatr w oczy i chuj w dupę. Towarzystwo wyjazdowe rozbiegło
się szybciej niż się zebrało. Nasz zespół postanowił przewspinać się do wieczora na górze Zborów, następnego dnia z rana kita podwinięta i staramy się dojechać do Warszawy. Monika też załatwiła sobie powrót do Warszawy ze znajomymi.
"Poddaliśmy się, więc ręce do góry, z rękoma podniesionymi do góry jest jeszcze zabawniej".
Wzięliśmy liny połówkowe (chyba jedyne w całej jurze) i poszliśmy na Sowę i Wielbłąda, wtajemniczać Rafała w szybką trójkę i wspinanie na własnej. Spotkaliśmy Łysego, chwilę ponarzekaliśmy na życie i naparliśmy na okoliczne drogi. Rafał bardzo szybko ogarnął dwie liny i kości i poprowadził swój pierwszy wyciąg na własnej. Szczegółów nie ma co opisywać, typowe piątkowe wspinanie w sobotę, ciekawe dialogi z konkurencyjnie-zaprzyjaźnionymi zespołami, życiowe rozmowy na stanowisku. Tylko ściana 35 zamiast 350 metrów. Ale klimat i radość z urobionych metrów były. O zachodzie słońca zabraliśmy się z Monią i Agnieszką na ognisko, kiełbę i piwko w miłym towarzystwie. Sen złapał nas na podłodze stryszku. Rano zapakowaliśmy się w samochód i udało nam się doturlać do Warszawy z prędkością 60-80km/h. Monika ostatecznie wróciła pociągiem.
Dogrywka zaplanowana jest na wrzesień, jeśli się znajdzie partner a najlepiej szybka trójka. Ale na siłę nie ma co szukać. Jak każdy wyjazd do Chorwacji i ten sporo mnie nauczył. Wspinaj się w zespole z ludźmi którym ufasz i jeśli umiesz liczyć, licz na zespół.
środa, 10 kwietnia 2013
Foki na Giewoncie
Zaczęło się od rwania które miałem w czwartek. Niestety było to rwanie w znaczeniu pierwotnym... Nagle zrobiłem się lżejszy (różnica wagi sprawia cuda na podejściach) o zęba mądrości (pozbycie się go sprzyja brawurze), musiałem przykładać dużo zimnego do twarzy (śnieg, lód, zimne piwo) i jakoś skitury chodziły po głowie. Plan na weekend stał się jasny.
Pojechaliśmy we dwóch, razem z korzystającym z wolnego weekendu Jarkiem. Dotarliśmy na Krupówki, przez Kraków. Po drodze Jarek naliczył 69 saren, ja tylko 4, ale za to z nogami do samej ziemi. Zajęliśmy pokoje hotelowe między klubem Go Go i blaszanymi barakami. Mnie standard lokum zachwycił: czysto, ciepła woda, pościel.
W sobotę rano ruszyliśmy po sprzęt. Na rondzie uzbroiliśmy się w łopaty, detektory, narty z fokami oraz buty - prawe w rozmiarze 28, lewe 27,5. Jak powszechnie wiadomo każdy szanujący się narciarz ma lewą stopę mniejszą, żeby zrównoważyć dużą bułę w ręku z tej samej strony (naturalnie od podnoszenia kufla). Zamiast jak biali ludzie iść do Kuźnic na nogach, założyliśmy tury i pobiegliśmy przez park. Dzięki tym sprytnym ruchom wyprzedzali nas: narciarze, wycieczka szkolna, pani z pieskiem. Ostatecznie zasapani dotarliśmy do wejścia do parku i zostaliśmy oznaczeni GPSami (chipa pod sierść na szczęście nie chcieli jeszcze wszczepić). Potem już z górki, właściwie pod górkę, człowiek poci się, rozbiera, marznie, ubiera i ogólnie posuwa tę fokę. Widoki dookoła piękne, góry w śniegu, przynajmniej te w zasięgu wzroku.
Widoczność pogarsza się stopniowo by zatrzymać się na stałym poziomie "10 metrów mleka". Betlejemki nie zauważamy wcale, na szczęście wpadamy na ścianę Murowańca. Dzięki temu ładujemy w siebie pieroga i herbatkę. Szybkie rozeznanie sytuacji, "Kasprowy będzie chyba gdzieś tam" Nie pchamy się nigdzie dalej żeby przypadkiem nie trafić do jakiegoś schroniska w Gorcach. Nad nami kolejka linowa, narciarze patrzą podejrzliwym wzrokiem "Nie dadzą góralom zarobić ch*je". Dymamy przy nartostradzie, trzeba trawersować. Na szczycie idziemy na kanapkę do Mac Donald's Kasprowy. Widoki nadal zachwycają powszechną białością.
Po odpoczynku, pedalski zjazd nartostradą. Po drodze zmuszam Jarka żeby wykopał parę dołów i znalazł mój detektor, który wypadł mi przypadkiem metr pod śnieg. Po udzieleniu szkolenia jak ma wyciągać moje dupsko spod lawiny, zjeżdżamy na Krupówki i idziemy coś zjeść. Trzeba przetestować świeżo zreperowany zgryz. Do spania turlamy się bardziej niż idziemy, tak łatwiej.
Następnego dnia spręż mija, ja nie chcę wstawać, Jarek mówi że woli grzać na nogach. Plan: Tatry Zachodnie upada, zamiast tego postanawiamy przejść się do Piątki. Wydymani przez taryfiarza, docieramy do Palenicy. Tym razem droga cała ośnieżona, można jechać z dołu. Jarek rusza na butach, ja zakładam narty i doganiam go dopiero przy dolinie. Sam Śmietnik jest lodową masakrą. Przezornie nie wziąłem raków więc zasuwam z nartami na nogach przy okrzykach partnera "dawaj, świeży jesteś!". Kozice też się bezczelnie gapią. Na górze dostaję migotania przedsionków i czarnych plam przed oczami. Przy okazji wypluwam płuca.
Na górze widoczność zerowa, tłumy turowców, ostatecznie zamiast iść na sam Zawrat, lądujemy w schornisku na szarlotce i herbacie. Droga na dół to dla mnie sama frajda, jest twardo, nic nie widać, więc zero lęku wysokości. Mam zbyt tępe narty, więc bez zbędnych postojów docieram na dno Śmietnika. Łopata służy do wykopania fotela w oczekiwaniu na Jarka. Narty zdejmuję dopiero w Palenicy. Po zjeździe na sam dół oddajemy sprzęt. Potem jedzenie, piwko, prysznic i w pociąg. Poniedziałek rano, Warszawa wita nas słońcem. Wylampiło się tradycyjnie, na koniec. Może pogoda będzie lepsza przy realizacji następnego planu. Ale w sumie weekend udany na 100%.
Pojechaliśmy we dwóch, razem z korzystającym z wolnego weekendu Jarkiem. Dotarliśmy na Krupówki, przez Kraków. Po drodze Jarek naliczył 69 saren, ja tylko 4, ale za to z nogami do samej ziemi. Zajęliśmy pokoje hotelowe między klubem Go Go i blaszanymi barakami. Mnie standard lokum zachwycił: czysto, ciepła woda, pościel.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


