czwartek, 28 listopada 2013

Ile waży kilogram przygody?

Natchniony komentarzem Marcina/Kasi z poprzedniego postu postanowiłem przetestować pisanie z małej klawiatury i wrzucanie zdjęć.
Ogólnie pakowanie u mnie wyszło 10 kilo. W sumie mało, ale można by jeszcze obciąć. A z drugiej strony kilka gratów ekstra by mi się przydało.


Trochę gimnastyki i nawet zdjęcie się wklei ;)
Tak to wygląda w praktyce. Właściwie to w teorii, bo praktyka zaczyna się jutro. Cel: półwysep indochiński. Ha!

wtorek, 26 listopada 2013

Szybka zmiana klimatu

Góry to katalizator. Wszystko dzieje się tam szybciej, jednego dnia jesień, drugiego zima. Zmiana z jednej strony gwałtowna, ale z drugiej ...w sumie każdy się jej spodziewał.
Przed:

Po:

A teraz pora na prawdziwy szok temperaturowy.

piątek, 9 sierpnia 2013

Głupi ma szczęście, czyli alpejskie wspinanie

Jakby przedstawić ten wyjazd w liczbach: 4 dni, 3000km samochodem, parę ładnych kilometrów podejścia, prawie 800 metrów zrobionych w pionie. W rejonie Bergell odbywał się obóz wspinaczkowy UKA. Monika pojechała tam ze swoją partnerką Agnieszką. Nie chcieliśmy być gorsi. Pojechaliśmy z Maćkiem - Ostrym, z którym ostatnio wspinałem się w Chorwaji, 5 lat temu. Przewidywny czas dojazdu, 3 nad ranem, plan to wyspać się i ruszyć w sobotę w ścianę. Przypadkiem dowiaduję się że nie zostajemy do środy, bo w środę Maciek musi być w pracy i nie dostał 3 dni urlopu. Naturalnie przez różne opóźnienia docieramy na camping o 5 rano, rozstawiamy namioty i kładziemy się spać.
Nie mogę zasnąć, zbierają się ponure myśli, w sobotę się nie powspinamy a we wtorek już wracamy. Cała podróż jest bez sensu. O 9 nie mogę już wytrzymać w namiocie, z upału. Na szczęście włącza mi się optymizm, może jednak jakiś teren dziś urobimy? Wstajemy, jemy coś na szybko i o 10 jedziemy wyciągiem w góry. Podejście to kolejny strzał w kolano. Ja robię je w 30 minut, Maciek w 60. Żaden z nas nie jest tym zachwycony.
Wchodzimy w sportowo obitą ścianę, 5 wyciągów po leżącym niczym, kto się boi ten nie stoi. Po 75 minutach jesteśmy na szczycie. W ścianie to ja jestem tym wolniejszym i muszę podbiegać żeby nie opóźniać zespołu. Humor się poprawia, jest ładnie, słonecznie i ciepło. Mamy szansę zawalczyć tym tempem o jakiś szczyt. Zjeżdżamy w doł koło 15, z pierwszą drogą na koncie, "Wodna Symfonia". Po 18 docierają do Szwajcarii dziewczyny, mój dobry humor osiąga wyżyny ;). Jedziemy coś zjeść do Włoch. Ostry zapomniał dokumentów. Jedziemy coś zjeść do Włoch po raz drugi. Każdy wrzuca w siebie kotleta albo inny kawał mięsa.
Drugiego dnia za namową dziewczyn idziemy na drogi na Punta Albigna, one na trudniejszą "Modern Times", my na "Meuli Route". Kawał solidnego wspinania w zacięciach i kominach. Rozgrzewka na płytach dnia poprzedniego okazuje się przydatna. Ostry dowiaduje się że w trudnościach powinien więcej brzuch klinować, ma tu spore możliwości ;) Po drodze nawiązujemy nowe znajomości z okolicznymi zespołami szturmującymi górę. Drogi kończą się 200 metrów przed szczytem. Na wejście na top brakuje czasu, więc góra nie została zaliczona :P. Zejście to wyścig do kolejki, w którym pomaga nam ekipa niemieckich wspinaczy, zakładając poręczówki w co trudniejszych miejscach. Jest tylu ludzi czkających na zjazd że zamiast o 16:45 jedziemy godzinę później, wpychając się do przeciążonego wagonika wbrew krzykom i protestom rzymskich matron. Na kolecję szef kuchni poleca makaron z sosem i parówkami. Z zazdrością patrzę na kuskus Moniki ;) Wieczór ratuje dobre towarzystwo i dobre wino.
Następny dzień to przeprowadzka do schroniska z przerwą na wspinanie na Spazzacaldeira. Od rana nam to nie idzie, pakujemy się powoli, koło 10 jesteśmy na górze, nie możemy się zdecydować w którą drogę wejść. Ja prowadzę pierwszy, wiele wariantów do góry, ostatcznie wbijam się w ospitowany filar, tak mi z topo pasuje. Noga wyjeżdża a ja odpalam prawie do stanowiska. Druga próba jest lepsza, na końcu wyciągu zdejmuję karabinki z camów, bo zabrakło ekspresów. Stanowisko, rzut oka w lewo, górę, trawers w prawo, nie mam koncepcji jak iść dalej. Wspinanie nam nie idzie i to widać. Poddajemy się po 2 wyciągach, zjazd jest przynajmniej wesoły, zwłaszcza zrzucanie liny ;).
W schronisku spotykamy zaprzyjaźnioną ekipę Niemców, jest sympatycznie. Znowu daję się nabrać na stary numer z wymawianiem 50 CHF jak 15. Obiad może konkurować z moimi parówkami bolognese z dnia poprzedniego. Rewolucja gwarantowana. Wieczór spędzamy na kamieniu z butelką wina i widokiem na burzę.
Poranek wita nas lampą. Idziemy na Bio Pilar, droga "Via Miki". Pod ścianą chcemy zrezygnować, wygląda trudno, dziewczyny walczą w pocie czoła, my mamy gorzej, musimy dźwigać nasze cięższe chromosomy XY ;) Nie mówiąc już o długości stopy. Albo robimy drogę albo podwijamy ogon i wracamy do domu. Nie ma wyboru, trzeba zawalczyć. Startujemy, jest trudno. Ha! Ale nie na tyle żeby się wycofać. Szybko doganiamy dziewczyny i robimy zamieszanie na stanowiskach. Przejściom trudniejszych momentów towarzyszy okrzyk bojowy małej dziewczynki, oraz moje "nie, nie, tutaj po prostu nie możesz odpaść". 7 zuchwałych wyciągów później stajemy na szczycie po pięknym płytowo/zacięciowym wspinaniu.
Schodzimy piargiem do ścieżki, potem schronisko, kolejka i już na dole. Jedziemy zjeść coś porządnego, po parówkach i zupie z kapusty zasłuzyliśmy na dobre jedzenie. Jedziemy do Włoch, wszystko pozamykane. Zdesperowani przekraczamy granicę szwajcarską i jemy najdroższą i najgorszą lasanię w moim życiu. Je**ć Szwajcarię, tylko góry mają fajne.
Pakujemy się w samochód, zostawiamy za sobą zespół Monika-Agnieszka oraz górskie szczyty. Za nami zamyka się okno pogodowe w które jak się okazało wpasowaliśmy się idealnie. Głupi ma szczęście ;). Przed nami 1500km asfaltu. W Warszawie jesteśmy o 7 rano. Ostry idzie do roboty, ja mam zamiar się wyspać. W czasie kiedy piszę te słowa, dziewczyny dalej walczą w Alpach, można im tylko zazdrościć. Ale wiadomo, ktoś musi pracować, a przynajmniej napisać relację z wyjazdu ;)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Sezon w pełni II

Tym razem relacja na świeżo, bo kolejne wyjazdy zlewają mi sie w jeden. Następny weekend według schematu - Tatry -> deszcz -> Olsztyn. Miłym zaskoczeniem była wizyta Kasi i Marcina, mieli nie jeździć do terminu porodu... ale że Kasia jest już po terminie to zupełnie inna sprawa ;) Znowu spaliśmy w garażu, miało to swoje zalety w postaci szaszłyków z grilla i wina. Następnym razem tylko zmienimy przepis, więcej mięsa, mniej cukinii... wina tyle samo. Weny do wspinania nie miał chyba nikt, pogoda nie sprzyjała, ale metrów parę urobiliśmy, na Słonecznych. Dalej po głowie chodzi mi "bez sensu tu odpadłeś", takie małe wspinaczkowe nemesis. W niedzielę przenieśliśmy się na Lipówki gdzie dominowało fajne płytowe skradanie. Marcin dał odpocząć kontuzjom, my powalczyliśmy na różnych wycenach, w większości zaskakujących. Jak zawsze wsadziłem palec nie tam gdzie trzeba, jak zawsze z głupoty, licznik dni restowych wyzerowany. Za to Ewa świetnie wykorzystała okazję żeby doszlifować dynamiczną asekurację:
 
 

Sezon w pełni

Po falstarcie najpierw w Chorwacji, następnie w Tatrach, miałem ciśnienie na długie drogi na własnej ...dlatego właśnie pojechaliśmy w Jurę, konkretnie do Olsztyna: Aga, Monia i ja. Długi korek, szybka podróż, wiatr we włosach i jesteśmy.
Zamieszkaliśmy Pod Aniołami. Anioły akurat kończyły siwuchę, wstawały na 7 do roboty na pobliskiej budowie. My zrobiliśmy po piwku i ustawiliśmy budziki na równie wczesną 10. Poranek powitał nas deszczem, spacerem na rynek, jajecznicą i sobotnią pracą dla niektórych.
Na wspinanie dobił do nas Maro z rodziną. W tak wzmocnionym składzie ruszylismy na Góry Towarne, jedyne miejsce w promieniu 100km gdzie nie padało. Pierwszy dzień władował nas w podobne drogi, dla jednych rozgrzewkowe, dla innych oznaczające walkę o życie :) Przy okazji dostaliśmy iście instruktorskie przeszkolenie od Mara, na temat zjazdów. Znaleźliśmy piękną rysę, startującą w takiej kleszczynie, że nikt nie chciał tam iść. Na szczęście za rogiem była kolejna rysa w zacięciu między płytami, kości siadały same, z wyjmowaniem było gorzej, ale Aga do perfekcji opanowała obsługę jebadełka. Odhaczyliśmy rejon w topo, z pogardą dla śmierci. Asekuracja, zwłaszcza pierwsze wpinki  były robione pod bardzo wysokich. Kokos, polecam ;). Zebraliśmy się przekąpać i sprawdzić komu gdzie się kleszcz przyczepił. Wpadliśmy do Żarek na jedzenie, wieczór upłynął na tarasowych rozmowach z piwem.
Niedziela powitała nas twarożkiem z 2kg sera, który starczył jeszcze na obiad i kolację. Trafiliśmy najpierw na Słoneczne, żeby popracować nad opalenizną. Przy okazji zaliczyłem pierwszy lot z agrafką w krótkiej acz burzliwej karierze - obwiniam zbyt gęstą asekurację. Potem przenieśliśmy się na Ganek Ewy, gdzie upolowaliśmy 30metrową rysę na własnej i równie długi filar.  Zwłaszcza rysa okazała się porządnym, psychicznym wspinaniem, z aspektami towarzyskimi. Monika zrobiła kolejną mocną cyfrę w stylu flash. Zestresowała się tym, że kluczowy trawers łatwo jej poszedł i prawie odpadła w trawkach przy stanowisku, ale wytrzymała do końca. Pouczona dzień wcześniej na temat zjazdów, z zapałem przekazywała wiedzę okolicznym zespołom.
Po wspinaniu skoczyliśmy na lody do Olsztyna, w ten sposób oszukaliśmy wroga wspinaczy - głód. Droga powrotna minęła szybko, sprawnie i przyjemnie.