środa, 5 marca 2014

Powrót Jedi

Tajską granicę witam z ulgą, wreszcie cywilizowany świat. Po stronie kambodżańskiej kłębimy się na dworze w grupie turystów, wszyscy czekają na swoją kolej podejścia do okienka baraku i zeskanowania odcisków palców. Po stronie tajskiej stajemy w eleganckiej kolejce, wewnątrz klimatyzowanej sali. Między czekającymi krzątają się pracownicy, informując jak wypełnić formularze wjazdowe. Za granicą szukamy transportu do Rayong, na plażę. Dobijamy targu z kierowcą, jednak okazuje się że kierowca nie może dobić targu z właścicielem firmy dla której pracuje. Odchodzimy z niczym, podobno jesteśmy bardzo niemili. Idziemy na piechotę, 6km do miasta, po pierwszych 200 metrach łapie nas na pokład tuk-tuk, ten prawdziwy, Tajski. W drodze na dworzec czujny kierowca zauważa busa, w którego musimy wsiąść.

Zajeżdża mu drogę i robi za tłumacza, dokąd jedziemy, za ile i że piewszą klasą. Dzięki temu po południu jesteśmy w Rayong. I jak tu nie lubić Tajlandii? Miasto do którego trafiamy, jest betonową nadmorską dziurą z hotelami. Postanawiamy się stamtąd wydostać. W drodze na dworzec pytamy kierowców songthaewów, za ile nas zawiozą do Ban Phe, padają propozycje 500 i 1000 bathów. Z dworca songthaew kosztuje 20. Wtedy dociera do mnie że może to być całkiem turystyczne miejsce. I tak lepiej niż Pattaya. W Ban Phe nie ma nic, poza podstarzałymi brytolami i ich tajkami. Jest tylko przystań promów na wyspę Ko Samet.
Znajdujemy przytulny nocleg, wyrzucamy martwe karaluchy (przecież one są praktycznie nieśmiertelne, bardziej niż ich obecność martwi mnie że są martwe) i idziemy spać. Następne kilka dni to plaża na wyspie, pływanie, tajski masaż, opalanie, drinki w wiadrze i ogólnie tropikalna wyspa. Każdy powinien spróbować.
Dwa dni przed wylotem teleportujemy się do Bangkoku, tym razem z dala od Khao San Road, żeby uniknąć zamieszek w centrum. Zamieszek nie ma, są tylko koszulki "Shutdown Bangkok, Restart Thailand", catering na ulicach, muzyka i powszechna atmosfera fiesty. Tak to powinno i u nas wyglądać.
Zwiedzamy pałac królewski, w towarzystwie przewodnika, który co chwila opowiada dowcipy o Chińczykach. Resztę czasu spędzamy na targach, robiąc zakupy przedwyjazdowe. Ogólnie czas zwalnia, a my niecierpliwie czekamy na dzień odlotu. 1 lutego wsiadamy do samolotu, objuczeni przyprawami, owocami, pamiątkami, słodyczami, muszlami, niestety bez duriana. Po 24 godzinach i nocy nieprzespanej na lotnisku, jesteśmy w Polsce. Rozchodzimy się w swoją stronę i szybko toniemy w życiu codziennym.

Od przyjazdu minął miesiąc, potrzebowałem go na zebranie się w sobie i wrócenie do tak zwanej rzeczywistości. Ale męczył mnie brak zakończenia opowieści.
W ramach rekompensaty bonus, podsumowanie 2 miesięcy:

środa, 29 stycznia 2014

Angkor What?

Siem Reap, czyli miasto które napuchło turystyką przez obecność kompleksu Angkor Wat, wita nas serdecznym "tuk tuk?". Tym razem hostel za nas wybiera kierowca, upiera się, że zawiezie nas wszędzie, gdzie zostaną spełnione nasze wymagania co do standardu i ceny, a następnego dnia będzie nas woził wszędzie gdzie tylko chcemy. Oczywiście na miejscu cena pokoju jest inna, ale targowanie się załatwia sprawę.
Kierowca też dostaje prowizję. W mieście, w którym na jednego turystę przypadają trzy tuk tuki a najlepszym sposobem na zarobek jest wożenie ludzi po Angkorze, wszystkie chwyty dozwolone. Na tę dolegliwość cierpi całe Siem Reap, biedni ludzie próbują wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od bogatych turystów po to żeby się dorobić, zatrudnić biednych ludzi, żeby oni wyciągali kasę od turystów. The circle of life.
Tego samego dnia jedziemy zobaczyć pływające wioski na Tonle Sap. Jezioro jest ogromne, a mieszkańcy biedni. Łódki z turystami pływają i zaglądają do okien a korporacja która to organizuje zagarnia pieniądze dla siebie. Ludzie z wiosek wyłączeni są z obiegu pieniędzy. Fajnie było to zobaczyć, ale wizyta pozostawia niesmak.
Kolejnego dnia przychodzi pora na Angkor. Agnieszka bierze wycieczkę z przewodnikiem, Monika i ja jedziemy na rowerach. Co tu pisać, wrzucę parę zdjęć. Miejsce jest ekstra, przeszkadza tylko tłum ludzi, oraz gra biedny miejscowy vs. bogaty turysta. Ponieważ w hotelu dowiadujemy się, że po 3 dniach zostaniemy wyrzuceni, bo pokój ma kolejną, droższą rezerwację, wolimy wyprowadzić się na własnych zasadach.
Rano Agnieszka jedzie znowu do Angkoru, a my przeprowadzamy się w nowe miejsce, dużo tańsze, bez tuk tuków przed wejściem, za to ze szpitalem i apteką na parterze, kroplówka dostępna od ręki. Przez resztę dnia krążymy po mieście, próbujemy miejscowego jedzenia i robimy zakupy. Kiedy Agnieszka wraca z Angkor Wat, idziemy na kolację, której towarzyszy pokaz Apsary, lokalnego tańca.
W przeciwieństwie do innych pokazów tańca, na których byliśmy, ten jest bardzo nudny. Wieczorem klub mugga ściąga w hostelu jakiś napój w stylu wina, a klub złego diabli nie biorą, uzupełnia notatki z wyjazdu ;) Chcąc skorzystać w pełni z pobytu w Angkor Wat, jadę z rana zobaczyć dalej położone świątynie, najpierw tuk tukiem z Agnieszką, potem sam rowerem.
Poza jednym wyjątkiem, im Wat dalej położony od Siem Reap, tym mniej turystów i bardzej sympatyczni miejscowi. Da się znaleźć tę mało turystyczną, uśmiechniętą i sympatyczną Kabodżę. Wystarczy przejechać 30km rowerem i wejść po 630 stopnach na szczyt góry. Po świątyni oprowadza mnie nudzący się policjant, a popijając mleczko kokosowe pomagam odrobić pracę domową z angielskiego. Wieczorem jem ostatnie danie khmerskiej kuchni, potem kupujemy bilety do Tajlandii i żegnamy się z Kambodżą.

niedziela, 26 stycznia 2014

Zimowe szaleństwo

Sihanoukville można opisać jako Lloret de Mar/Ibiza/Sopot/jakakolwiek inna imprezownia, tylko w azjatyckim wydaniu. Turystyka rozwinęła się tu gwałtownie przez ostatnie 5 lat, przyjmując wzorce z całego świata. Dzięki temu mamy tu tuk tukową mafię, rozboje, kradzieże, oszustwa, prostytucję, narkotyki a alkohol leje się w dużych ilościach na całonocnych imprezach. Jednym słowem "osom". Postanawiamy przyłożyć się do szukania noclegu, chcemy spędzić na plaży kilka dni.
Centrum miasta i główna plaża odpadają, jedziemy do jednej z oddalonych plaż, Plażę Zwycięstwa (pierwsze skojarzenie to Gin Zwycięstwa z książki Orwella, 1984) i znajdujemy tani i czysty hostel. Zastanawiająca jest tylko średnia wieku mieszkańców okolicznych hoteli, oscylująca w granicach wieku emerytalnego, mocno kontrastująca z mocno młodzieżowym centrum miasta.
Po przestudiowaniu oficjalnej mapy miasta, okazuje się że obok znajduje się ulica czerwonych latarni, zaznaczona i opisana, żeby można było tam łatwo trafić. Wieczorami okoliczne puby zapełniają się lokalnymi paniami w baaardzo krótkich spódniczkach oraz starymi dziadami próbującymi przeżyć swoją 4 czy 5 młodość. Dziewczyny rano idą na plażę, mi to trochę pachnie nudą, więc pożyczam skuter i jadę do pobliskiego parku narodowego zobaczyć piękne plaże, małpy i góry. Na miejscu okazuje się, że większość parku to baza wojskowa a wycieczki są tylko 5km, tylko z przewodnikiem i tylko za setki dolarów. Nie, dziękuję.
Snuję się po okolicznych plażach, bo samo miasto nie ma nic do zaoferowania, poza posągiem lwa z wielkimi jajami. Wieczorem idziemy na wspólną kolację, potem jeszcze spacer na plażę, połączony z kąpielą dla niektórych. Następnego dnia płyniemy zobaczyć tropikalne wyspy, ponurkować i pobyczyć się na plaży. Wszystko fajnie, tylko skóra na plecach piecze mnie do tej pory, od nadmiaru słońca.
Ogólnie rozczarowani Sihanoukville, kupujemy bilety na nocny autobus do Siem Reap i jeszcze tego samego dnia uciekamy z miasta. Oczywiście autobus ma podwójne łóżka, o ile Monika i Agnieszka mają wspólne spanie, to ja dzielę miejsce w autobusie z khmerskim rybakiem. Przynajmniej myślę że jest rybakiem, to jedyne wytłumaczenie na smród ryby całą drogę. Ta podróż zdecydowanie nie jest najlepszą nocą mojego życia.

piątek, 24 stycznia 2014

The Maekong Tour, Kratie - Phnom Penh


Autobusy w Kambodży rządzą się swoimi prawami. Odjeżdżają dopiero kiedy zostaną naprawione, nie wcześniej. Godzina przyjazdu może ulec zmianie także przez konieczność wywietrzenia kabiny z dymu, po przegrzaniu silnika. Poza tym jest to dość wygodny środek transportu. Droga, którą jedziemy jest mieszanką asfaltu, piachu i dziur.
Dojeżdżamy do Kratie, miasteczka położonego nad brzegiem Mekongu i zostawiamy rzeczy w zarekomendowanym hostelu. Pożyczamy rowery i przeprawiamy się promem na wyspę. Nie ma na niej samochodów, tylko skutery i rowery. Rolę dróg pełnią wydeptane ścieżki, a szczęśliwe krowy baraszkują pośród zielonych pól ryżowych.
Dodając do tego ruiny watów, słońce, piaszczysty brzeg i palmy, dostajemy przepis na leniwy dzień. Sielankę mąci tylko rozpadający się rower, który zmusza do wcześniejszwego powrotu. Wracając znowu czekamy 45 minut na prom kursujący co 5 minut. Cóż, jak pisałem kilka postów wcześniej, taka uroda rajskich wysp.
Kratie znane jest z delfinów słodkowodnych, dlatego kolejnego dnia pożyczamy rowery (w innym miejscu) i jedziemy kilkanaście kilometrów na północ, brzegiem rzeki. Mijamy po drodze wioski pełne domów na wysokich palach i ulicznych straganów z lokalnym jedzeniem.
Rezygnujemy z łodzi motorowej i oglądamy delfiny z brzegu (akurat jeden postanawia się wynurzyć). Jedziemy dalej nad archipelag wysepek na rzece, połączonych drewnianymi pomostami. Reszta dnia mija nam na siedzeniu z piwem i moczeniu nóg w Mekongu. Następnego dnia z rana łapiemy transport do Phnom Penh.
14 osobowy minibus zostaje wypchany 20 osobami i bagażami, na zewnątrz wiezie również skuter, dwa rowery i oponę od traktora. 5 długich godzin później wysiadamy w stolicy, która wita nas znajomym "tuk tuk?". Okazuje się że pałac królewski akurat ma siestę i nie wpuszcza odwiedzających. Za namową kierowcy motorikszy, jedziemy na Choeung Ek, czyli pola śmierci, pozostałość po 4 latach reżimu Pol Pota. Nie będę się tu dzielił wrażeniem z wizyty, zdjęć też nie mam, ale warto się tam wybrać. Odwiedzamy też szkołę Tuol Sleng, w której po 1975 roku urządzono więzienie i miejsce tortur.
Ktoś może powiedzieć, że mamy podobne muzea w Polsce. Ale tutaj to świeża historia, bardzo namacalna. Kambodża ma drugą warstwę, ukrytą pod przyjaznym uśmiechem i dużym poczuciem humoru. Wieczorem spacerujemy po mieście w kierunku hostelu, nie kupując po drodze kokosa, drewnianego słonia ani nie płacąc za tuk tuka. Za to jemy dwie kolacje, oczywiście ta na ulicy na plastikowych krzesełkach jest najlepsza.
Jeszcze przemyślenia na temat restauracji w Phnom Penh, bardzo długo czeka się w nich na jedzenie, a menu we wszystkich barach przy jednej ulicy jest "same same". Implikacje... niepokojące. Pani na zapleczu, potrzebuje więcej garnków i kogoś do pomocy, jeśli ma ogarnąć wszystkie knajpy. Następnego dnia oglądamy pałac królewski, dumę, chlubę i główne źródło dochodów miasta. Po południu wsiadamy w autobus do Sihanoukville.
Update - pisałem to mega zmęczony, więc korekta stylistyczna przyszła z opóźnieniem, za co przepraszam.

sobota, 18 stycznia 2014

Ratanakiri


Piach, Kambodża kojarzy mi się z piachem. Nie jest to żółty, plażowy piaseczek, tylko gryzący w oczy i gardło pomarańczowy pył, wzbijany przez samochody, skutery i idących ludzi. Ale inna nawierzchnia to nie jedyna zmiana widoczna od granicy. Po przejściu przez wietnamski posterunek, wsiadamy w naszego busa i przejeżdżamy przez piach na stronę Kambodży.
Tam celnicy uśmiechają się do nas, pomagają dopełniać formalności, jeden poprawia nasze niewyraźne pismo na kilku polach formularza. Ruszamy busem w głąb kraju, po kawałku najrówniejszej asfaltowej drogi, jaką widziałem od wyjazdu z Tajlandii. Poza tym dookoła widać biedę. Wszystkie skutery mają pozdejmowane plastikowe obudowy, sprzedane na części.
Ciężarówki, często zespawane z innych pojazdów, jeżdżą bez kabin, które są w tym klimacie po prostu zbędne. Każdy pojazd jest załadowany do pełna towarami i ludźmi. Nikt nie marnuje tu pieniędzy, nie mogą sobie na to pozwolić. Tylko raz na jakiś czas śmignie nowiutki SUV, zapewne kogoś, kto zbiera pieniądze od turystów w Siem Reap. Dojeżdżamy do miasta Ban Lung. Dziewczyny chcą mieszkać nad położonym kilometr od centrum jeziorem.
Kasi różowiutka walizeczka, świeżo zakupiona i napełniona ciuchami w Hoi An, na piaszczystej kambodżańskiej drodze robi furrorę. Znajdujemy nocleg, pożyczamy rowery i jedziemy zobaczyć jezioro kraterowe. Wygląda trochę jak polskie stawy rybne, tylko z dżunglą dookoła.
Nad jeziorem zaczepia nas miejscowy przedstawiciel okolicznej mniejszości i w bardzo grzeczny, zupełnie nie wietnamski sposób proponuje nam wizytę w swojej wiosce, a w ramach zapłaty datek na wsparcie jego ludzi. Nie za bardzo mu ufam, ale ostatecznie decydujemy się na wizytę. Następnego dnia pożyczamy skutery i jedziemy na spotkanie.
Oglądamy wioskę, gość ciekawie mówi i odpowiada na wszystkie pytania na temat mniejszości etnicznych, oczywiście dużo wspomina o tym, na co pójdą ofiarowane przez nas pieniądze, ale to szczegół. Potem oglądamy cmentarz lokalnej społeczności i idziemy do jego domu na obiad. Jedzenie jest pyszne, ryż, kwiaty banana w mleczku kokosowym oraz mięso z warzywami.
Pokrywamy koszty wycieczki i rozchodzimy się, każdy w swoją stronę. Jeszcze podczas ruszania z parkingu jeden ze skuterów łapie gumę. Dętkę wymieniają na miejscu, ale płacę około 3 razy więcej niż powinno to kosztować. Cały dzień wychodzi i tak taniej niż to samo zorganizowane przez agencję. Wszyscy są zadowoleni. W agencji mówią nam, że faktycznie pieniądze idą na wsparcie okolicznych wiosek. Ale dalej mam mieszane uczucia.
Po południu jedziemy zobaczyć okoliczne wodospady. Agnieszka, a potem Kasia, po drodze zaliczają spotkanie z piaszczystą drogą ze skutera, ale kończy się na zadrapaniu lusterka u Agnieszki oraz kolana i progu u Kasi. Wieczorem spotykamy się z poznanymi tego dnia ludźmi na kolacji i planujemy następny dzień. Kasia wyjeżdża do Kratie a następnie do Phnom Penh, my idzemy na trekking do dżunglii.
Może z tą dżunglą przesadziłem, z trekkingem w sumie też. Bardziej przypomina to spacer po lesie kabackim, z ciekawszym krajobrazem. Są wysokie drzewa, strumienie i nieuchwyte dzikie kurczaki. Mamy dwóch przewodników, jeden zna angielski, drugi zna las. Potem okazuje się, że ten, który nie zna angielskiego, tak na prawdę go zna, jest po prostu małomówny. Z tym drugim przewodnikiem rozmawiamy o historii, kulturze i polityce Kambodży, poruszamy też te trudne tematy i dowiadujemy się sporo ciekawych rzeczy. 
W trakcie trekkingu przewodnicy ścinają świeżą łodygę bambusa, napełniają ją warzywami, rozpalają ogien i pieką całość. W ten sposób dostajemy do jedzenia pyszną zupę z ryżem. Zmywać nie trzeba. Szkoda że nie ma u nas bambusa. Po trekkingu kupujemy bilety do Kratie na następny dzień. Chcemy zobaczyć jak w Kambodży wygląda Mekong.