piątek, 3 listopada 2017
Azja - reaktywacja
Nie oszukujmy się, ten blog działa od wyjazdu do wyjazdu. Ale teraz znowu przybędzie mu parę stron. Zaczęło się jak zawsze, od pomysłu. Polećmy gdzieś. A ja strasznie długo nie jadłem Tom Yum. No to znowu siedzę na lotnisku w Bangkoku. Tym razem to skierowane na azjatyckie tanie linie Don Muaeng. Brakuje mu blasku lotniska międzynarodowego, ale po drugiej stronie ulicy jest przyzwoite jedzenie, pod parasolem. Lecimy do Yangon, Ragun, czy jak mu tam. Przylecieliśmy do Bangkoku wczoraj rano, zdążyliśmy trochę odespać lot, przejść się po China Town, wpaść na Khao San, zobaczyć skorpiony na patyku i napić się piwa Chang. Następna wizyta w tym mieście za ponad miesiąc.Wtedy będziemy mieszkać bliżej pałacu, a dalej od Sukhumvitu. Nie pasujemy tam, bez krawata i żakietu. Oczywiście lokalesi chcą mi ten krawat i garnitur sprzedać. Ale jestem na wakacjach, trzeba się szanować! Zdjęcia - wypełniacz, aparat wyjmę dopiero w Birmie.
niedziela, 11 stycznia 2015
Pierwsze foki za płoty
Robiłem co się dało: zaklinanie śniegu, ofiary całopalne, szamani, dałem na tacę, a przede wszystkim śledziłem prognozy opadów śniegu. Wszystko po to, żeby w dobrym stylu powitać nowy rok i zaspokoić głód skiturowy, który narastał u mnie od końca kwietnia. Na poprzednim wyjeździe, pod koniec grudnia, warun był tylko na naśnieżanych zjeżdżalniach w Białce. Tym razem prognoza mówiła, będzie ciapać żabami, miała rację. Po małych zawirowaniach w składzie osobowym, klaruje się ekipa: Dorota, Ania, Paweł i ja.
Jeszcze w takim składzie nie jechałem, niejasne przesłanki mówią, że zespół będzie szybki i sprawny w warunkach zimowych. Udaje nam się wcześniejszy wyjazd z Warszawy, w miarę wcześnie jesteśmy w Zako, na kolacji z kanapek i piwa. Śnieg nie rozpieszcza grubością pokrywy, więc przezornie na początek idziemy na butach zobaczyc jak sprawy się mają powyżej regla. Na rozgrzewkę i rozruszanie kości wybieramy grań Ornku. Faktycznie lodu więcej niż puchu, ale lekko prószy cały czas.
Ustawiam kamerę na grani żeby nagrała kilka ujęc i idziemy w kierunku Siwej Przełęczy. Ma byc rozgrzewkowo więc z rozpędu wpadamy na Starorobociański, tak jakoś wiatr zawiał w plecy. Do szczytu idziemy z krótkimi przerwami na huraganowe podmuchy wiatru. Wracamy granią żeby zebrac kamerę, okazuje się że ktoś nas uprzedził i zlikwidował statyw z nagrywającą kamerą. Jakby plecak leżał też by zabrali? Od tej pory nie zamierzam nigdzie zostawiac depozytu, plecaka, szpeju. Ani na grani, ani pod ścianą. Bo zaraz ktoś przyjdzie i zgarnie. Zchodzę wkurzony, na zejściu robi się ciemno, drobne kontuzyjki trochę nas spowalniają, schodzimy do schroniska Ornak na szarlotkę.
Przy wejściu siedzi gościu z odmrożonym palcem u nogi, myślę, nie jest źle, nam się dziś udało. Szybkie obdzwonienie schronisk i kamera namierzona. Dopadam gości w Kościeliskiej, są mocno zdziwieni "ale jak to?". Drugiego dnia mimo niesprzyjających warunków, biorę foki, zresztą przyczepione do pary nart. Idziemy do Piątki, Paweł cośtam o Zawracie zaczyna wspominac. Warunki piękne do samych wodogrzmotów, szmer fok, śpiew ptaków, podejściowe rozmowy o tym na czym Marynia zwykła siadac. Potem robi się lekko kamieniście, więc narty na plecak, i but, oczywiście turowy, taaaki wygodny. Na podejściu do progu jest trochę sniegu, trochę lodu, ale wąsko, więc zakładam dodatkowo raki, po prostu cycuś. Stopy reanimuję w schronisku.
Większośc drogi w dół to dreptanie w rakach, stopy mi potem za to podziękują. Zjazd z wodogrzmotów do Palenicy jest boski, mniam, dla takich chwil się żyje. Tymczasem śnieg sypie, samochód jakośtam się trzyma zakrętów, ale drogi niestety nie widac. W rekordowym czasie, zbliżonym do wieczności, dojeżdżamy do Zako. Na obiekcie sprawdzamy teorię Ani, pośliniony miś - żelek rzucony do sufitu, trzyma się conajmniej 3 dni (nazwaliśmy go Zygmunt). Przyzwyczajony do weekendowych wyjazdów, nie jestem przygotowany na trudy dnia kolejnego.
Paweł coraz śmielej mówi o tym Zawracie. 3 stopień zagrożenia lawinowego, grzeczne dzieci w takich warunkach siedzą w domu a przezorni turyści wędrują poniżej schronisk lub na Kasprowy. My znowu z rozpędu, właśnie na tę górę trafiamy. Pełno pań w kozaczkach i panów w lakierkach kontra nasze raki, gogle i czekany, zderzenie dwóch światów. Jedni i drudzy patrzą na siebie jak na idiotów. Schodzimy do Yurty na kolację. Ale nie, jedna kolacja to za mało, na szczęście pizzę dowożą również do Mrowców (tak, tak nazywa się miejscówka w której mieszkamy, nawiązanie do słynnego filmu klasy C "Mrowiec" :D).
Ostatniego dnia idziemy do Kondratowej (nie na Zawrat!), biorę narty, zostawiam je po jakichś 200 metrach, bo przez łzy nie widzę dokąd idę. Człapiemy na butach do schroniska mijani przez tłum skiturowców, wszyscy walą na Przełęcz pod Kopą, warun idealny, przeklinam własną niecierpliwośc. Dodatkowo zostaję ograny w karty w schronisku. Kopa znowu mi umknęła, Jarek, do 3 razy sztuka. Zejście urozmaicam sobie zjazdem na łopacie, a co! Do ronda dojeżdżam na nartach, oddajemy sprzęt, w samochód i do domu. Korków po drodze nie stwierdzono. 10 dni na zagojenie nóg i zaraz powtórka. Dzięki Dorota, Ania i Paweł za towarzystwo. Bardzo z nas sprawny zimowy zespół :)
Ustawiam kamerę na grani żeby nagrała kilka ujęc i idziemy w kierunku Siwej Przełęczy. Ma byc rozgrzewkowo więc z rozpędu wpadamy na Starorobociański, tak jakoś wiatr zawiał w plecy. Do szczytu idziemy z krótkimi przerwami na huraganowe podmuchy wiatru. Wracamy granią żeby zebrac kamerę, okazuje się że ktoś nas uprzedził i zlikwidował statyw z nagrywającą kamerą. Jakby plecak leżał też by zabrali? Od tej pory nie zamierzam nigdzie zostawiac depozytu, plecaka, szpeju. Ani na grani, ani pod ścianą. Bo zaraz ktoś przyjdzie i zgarnie. Zchodzę wkurzony, na zejściu robi się ciemno, drobne kontuzyjki trochę nas spowalniają, schodzimy do schroniska Ornak na szarlotkę.
Przy wejściu siedzi gościu z odmrożonym palcem u nogi, myślę, nie jest źle, nam się dziś udało. Szybkie obdzwonienie schronisk i kamera namierzona. Dopadam gości w Kościeliskiej, są mocno zdziwieni "ale jak to?". Drugiego dnia mimo niesprzyjających warunków, biorę foki, zresztą przyczepione do pary nart. Idziemy do Piątki, Paweł cośtam o Zawracie zaczyna wspominac. Warunki piękne do samych wodogrzmotów, szmer fok, śpiew ptaków, podejściowe rozmowy o tym na czym Marynia zwykła siadac. Potem robi się lekko kamieniście, więc narty na plecak, i but, oczywiście turowy, taaaki wygodny. Na podejściu do progu jest trochę sniegu, trochę lodu, ale wąsko, więc zakładam dodatkowo raki, po prostu cycuś. Stopy reanimuję w schronisku.
Większośc drogi w dół to dreptanie w rakach, stopy mi potem za to podziękują. Zjazd z wodogrzmotów do Palenicy jest boski, mniam, dla takich chwil się żyje. Tymczasem śnieg sypie, samochód jakośtam się trzyma zakrętów, ale drogi niestety nie widac. W rekordowym czasie, zbliżonym do wieczności, dojeżdżamy do Zako. Na obiekcie sprawdzamy teorię Ani, pośliniony miś - żelek rzucony do sufitu, trzyma się conajmniej 3 dni (nazwaliśmy go Zygmunt). Przyzwyczajony do weekendowych wyjazdów, nie jestem przygotowany na trudy dnia kolejnego.
piątek, 10 października 2014
Północne Ryje™ Tatr
Zaczęła się jesień. Ze szlaków zniknęli turyści, tak jak na wiosnę śnieg znika z gór. Plan był taki, żeby zobaczyć Czerwone Wierchy, kiedy będą czerwone. Nie zielone, nie białe, nie żółte. Dało to odpowiedź na 2 z 3 najważniejszych pytań: kiedy - koniec września, gdzie - Tatry.
Zostało pytanie, z kim? Magda debiutowała w Tatrach, Kuba postanowił podszlifować formę na podbiegach, nie mogło zabraknąć górskiego zwierza - Jarka, ja robiłem za kierowcę. W takim składzie ruszamy o 15 z Warszawy, w Jankach jesteśmy o 18, na miejscu o 23. Umawiamy się z góralem na godzinę.
Na miejscu okazuje się że kwatera faktycznie stoi, ale jest pozamykana, właściciela brak. Przed północą organizujemy awaryjny nocleg w Alcie. Wydymani, na dzień dobry (...właściwie dobry wieczór) przez górala, wypijamy po usypiaczu, robimy podręcznikową wręcz trollownię i idziemy spać. W sobotę zrywka na piękny deszczowy poranek. Idziemy do Moka, pada, nie jakoś strasznie, ale i tak jest mało przyjemnie. Widoki niezmiennie piękne, tylko za chmurami. Wchodzimy nad czarny staw i dalej. W krainie wiecznego lodu zakładamy raki i raczki (takie bardziej do damskiej torebki, przypadają Magdzie), odgłos drapania zębów o skałę i lód działa uspokajająco.
Deszcz zamienia sie w drobny śnieg. Po dojściu do kuluaru śmierci, chwila zadumy nad sensem życia i pchania się wyżej przy tej pogodzie. Mimo wrodzonej skłonności do życia na krawędzi, u niektórych, decydujemy się na powrót - raczki przestają działać w tym terenie.
Na zejściu wybieramy tzw. schemat Broad Peak. Magdzie odpina się rak, Jarek zostaje żeby jej pomóc.
Ja schodzę przodem, Kuba jest już na dole. Człapiemy do Palenicy z przerwą na szarlotkę w Moku. Wieczór to termy, jedzenie, piwo i spanie. W Niedzielę budzi nas lampa. Wyskakujemy z parkingu z zamiarem powrotu pod Mięgusza.
Zapominamy o Wierchach, ciągnie nas wyżej. Tym razem dzielimy się na podejściu: zespół Alfa - Magda i Kuba, szturmuje Piątkę, przez Siklawę, zespół Bronson - Jarek i ja kieruje się asfaltem do Moka na kwaśnicę i ciastko. Szczegółów wyprawy pierwszej grupy nie znam. My walczymy z palącym słońcem i zalodzonymi kamieniami. To co poprzedniego dnia było mleczną zasłoną chmur, zamienia się w groźną lufę.
Zaskoczeni widokiem na całą dolinę oraz pełnoprawnym polem lodowym po drodze, wdzieramy się na szczyt Kazalnicy. Jarek zakłada tam ABC, tymczasem ja zostawiam plecak i na lekko szturmuję przełęcz. Po drodze mijam kozaków w adidaskach i panie w szpilkach. Nie robi na nich wrażenia trawers nad lufą (10 stopni w 10-stopniowej skali lufy), gdzie moje raki ledwo się wgryzają. Staję na przełęczy ...o, widać Krupówki.
Zdjęcie na północ, na południe, można schodzić. Po drodze kolejna grupa w adidasach, da się? Da sie. Zgarniam Jarka z Kazalnicy, schodzimy do Moka na opalanko w popołudniowym słońcu. Kuba wbiega z Roztoki, jedno piwo później dołącza do nas Magda. Człapiemy w dół przy zachodzącym słońcu, szkoda zostawiać Tatry w taką pogodę. Następny wyjazd pewnie będzie już z nartami na nogach. W Warszawie jesteśmy po 2.
Plecaka nie wypakowuję, prania nie wstawiam, idę spać. Tak mija ochrzczona przez Jarka 7 Lumpen Expedition. Dzięki za towarzystwo.
Zostało pytanie, z kim? Magda debiutowała w Tatrach, Kuba postanowił podszlifować formę na podbiegach, nie mogło zabraknąć górskiego zwierza - Jarka, ja robiłem za kierowcę. W takim składzie ruszamy o 15 z Warszawy, w Jankach jesteśmy o 18, na miejscu o 23. Umawiamy się z góralem na godzinę.
Na miejscu okazuje się że kwatera faktycznie stoi, ale jest pozamykana, właściciela brak. Przed północą organizujemy awaryjny nocleg w Alcie. Wydymani, na dzień dobry (...właściwie dobry wieczór) przez górala, wypijamy po usypiaczu, robimy podręcznikową wręcz trollownię i idziemy spać. W sobotę zrywka na piękny deszczowy poranek. Idziemy do Moka, pada, nie jakoś strasznie, ale i tak jest mało przyjemnie. Widoki niezmiennie piękne, tylko za chmurami. Wchodzimy nad czarny staw i dalej. W krainie wiecznego lodu zakładamy raki i raczki (takie bardziej do damskiej torebki, przypadają Magdzie), odgłos drapania zębów o skałę i lód działa uspokajająco.
Deszcz zamienia sie w drobny śnieg. Po dojściu do kuluaru śmierci, chwila zadumy nad sensem życia i pchania się wyżej przy tej pogodzie. Mimo wrodzonej skłonności do życia na krawędzi, u niektórych, decydujemy się na powrót - raczki przestają działać w tym terenie. Ja schodzę przodem, Kuba jest już na dole. Człapiemy do Palenicy z przerwą na szarlotkę w Moku. Wieczór to termy, jedzenie, piwo i spanie. W Niedzielę budzi nas lampa. Wyskakujemy z parkingu z zamiarem powrotu pod Mięgusza.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Debiut sezonu
niedziela, 20 lipca 2014
Hohenzollern 2014
Poprzedni sezon czegoś nas nauczył. Postanowiliśmy tym razem jechac na spontanie, bez przygodnych wspinaczy, księżniczek, gwiazdeczek, niezależnych zespołów oraz pi*do-chu*ów. Zgodnie z zasadą jeden zespół jedzie, jeden zespół wraca (Hooah!), pojechali: Kokos, Włodek i ja. Dokąd? Tu się sprawa skomplikowała. Pierwszy strzał to Rumunia, odpuszczamy z braku topo dużych ścian. To co, Chorwa? Mi zawsze pasuje. Tydzień przed wyjazdem rozmawiamy z Krzyśkiem, "Byłem ostatnio w fajnym rejonie, Hollental w Austrii, mam topo".
Szybki przegląd książki i internetu - Jedziemy tam! Pod kołami niecałe 800km asfaltu, z przerwą na kotleta w Odrze Wodzisław i jesteśmy na miejscu. Wybór dróg robimy na miejscu na podstawie topo, jak nam podpowiada intuicja, ta droga fajna, tamta parchata, kolejna za łatwa i tak dalej :). Pierwszy dzień wspinania to rozgrzewkowa ściana pod 200 coś metrów, podejście piargiem. Nogi zrzucają kamienie na partnerów, każdy krok to zjazd w tył. Zostawiamy plecaki i godzinę szukamy wejścia w drogę. Start oczywiście jest w miejscu gdzie zostawiamy plecaki, my vs. intuicja 0:1. Droga zaczyna się obiecująco by skończyć się totalnym kluczeniem w lesie w poszukiwaniu następnego osrańca oznaczonego czerwoną strzałką. To tak jakby ułożyć nad sobą 4 podlesickie skały, między którymi jest 50-100 metrów spaceru przez las. Schodzimy piargiem zniesmaczeni. Przynajmniej pierwsze wyciągi były fajne. Na campie rewidujemy wybór dróg. Następnego dnia wybieramy równy poziom trudności, na trochę krótszej drodze. Trafia się nam świetne wspinanie u samego wejścia do doliny, w rejonie drabiny Hohenzollern :D. Filar, kilka wyciągów skradania się po płytach, trochę desperacji, trochę przygody. Następny dzień to znowu strzał w kolano, filar obiecuje trochę wspinania na własnej, w ekspozycji, kończymy w trawach, mchach i ogólnej parchatowości.
Tymczasem na camping zjeżdżają Czesi, rozbijają się na naszym parkingu, stawiają namioty w kuchni i na tarasie a krzesła rozkładają w kiblu. Totalny brak parkingowego obycia. W dzień restowy (deszczowy), bo się tak tym całym wspinaniem zmęczyliśmy, jedziemy 70km do Wiednia, bez celu i planu wycieczki. Po odpoczynku musi nastąpić kumulacja, kulminacja, lub jak kto woli k...k...k...kombo trudności, długości drogi, podejścia, zmęczenia i endorfin. Jakieś 350 metrów pionu pięknym filarem. A co się działo po drodze, nie nadaje się do internetu. Ostatniego dnia wybieramy się pod ścianę, droga idzie pod obrywem wielkości małego lotniskowca, nie dziękuję. Po tym wspaniałym trekkingu ładujemy się w samochód i w stylu KJS wracamy do Polski.
Było mega, jak zawsze. Za rok to samo, dwa razy :) Dzięki za towarzystwo i urobione metry.
Piszę z dużym opóźnieniem, dlatego chronologicznie może być nie tak i umknęło mi parę szczegółów, ale w bonusie jest filmik:
Było mega, jak zawsze. Za rok to samo, dwa razy :) Dzięki za towarzystwo i urobione metry.
Piszę z dużym opóźnieniem, dlatego chronologicznie może być nie tak i umknęło mi parę szczegółów, ale w bonusie jest filmik:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
