czwartek, 29 października 2009

Zimowy wspin w Hiszpanii

Podobnie jak w zeszłym roku dostałem propozycję wyjazdu na wspinanie do Hiszpanii. Tym razem celem ekspedycji są okolice Alicante i długie wielowyciągowe drogi:
http://www.geocities.com/costablancaclimbing/scrambles.html
http://blog.rockfax.com/alanjames/files/espolon-central.pdf
W planach także zwiedzanie Valencji. Na prawdę warto.
Koszty wyjazdu to bilety lotnicze w dwie strony, między 400 a 500 zł,
wypożyczenie samochodu, ostatnio pożyczałem za 40 euro/dzień.
Noclegi można ogarnąć pod namiotem. Część jedzenia można zabrać ze sobą, część kupić, nie wyjdzie to drogo. No a większość szpeju już mamy, nic tylko jechać.
Wpisujcie komentarze, dawajcie znać na maila czy jesteście zainteresowani. Żeby bilety były na prawdę tanie, trzeba je już kupować, więc sprawa jest dość pilna.
Oczywiście Hiszpania jest drugim wyjazdem na przyszły rok, na pierwszym miejscu nadal pozostaje Paklenica. Jednak koszty wyjazdu do Alicante nie będą strasznie duże, a z urlopem też można coś zakombinować ;)

środa, 28 października 2009

TBC poszerza horyzonty

Informujemy, że zgodnie z jednogłośnie przyjętą uchwałą z dnia 27.10.2009, TBC poszerzyło swój skład o wcześniej istniejący Team Bellucci pozostając pod niezmienioną nazwą oraz przyjęło Darasa do grona członków honorowych. Zainteresowani zostali niezwłocznie poinformowani o zaistniałym wydarzeniu nie zgłaszając sprzeciwu :)
Wszystkie uwagi do uchwały można zgłaszać pisemnie do dnia 03.11.2009. Po tym terminie uchwała wchodzi nieodwołalnie w życie.
Jednocześnie przypomina się i zobowiązuje wszystkich członków TBC do przestrzegania regulaminu. :)))

środa, 15 lipca 2009

Nowe zdjęcia w galerii

Najnowsze foteczki z podlesickiej eskapadeczki wrzucone do galeryjki. Miłego oglądanka!!

wtorek, 16 czerwca 2009

No to sru!

Wyjazd wydawał się być nader atrakcyjną propozycją – raz, że zapowiadały się całe 4 dni wspinu, a dwa, że mieliśmy zdobyć najwyższą skałę Jury – Sokolicę. Prognozy pogody nie były dla nas zbyt pomyślne, ale jak to się mówi, w kupie siła, więc wzięliśmy to na całe cztery klaty, z czego jedną szczególnie ładnie zbudowaną. Podróż z przystankiem w Milano przebiegła bez kłopotów, więc cali i zdrowi dotarliśmy na miejsce. Nieco gorzej poszły nam następnego dnia poszukiwania Zaklętego muru, które można by w skrócie opisać: „za górami, za lasami”. Nie obyło się również bez przeprawy przez strumień (zwał jak zwał), szczególnie przyjemnej dla Moniki w drodze powrotnej. Jak się okazało nasze metody wspinania na Zaklętym „w parach” i zjazdy na złożonej na pół linie wzbudziły nie lada zainteresowanie ;) Jak widać co kraj to obyczaj (lub co instruktor to obyczaj). Pełni sił witalnych i rozgrzani przed następnym dniem (czytaj oswojeni ze skałą) mogliśmy z podniesionym czołem wrócić do namiotu, gdzie ku radości naszych oczu spotkaliśmy Łysego (tym razem bez bandy).
Nie ma to jak „wielowyciągówka”, bo nic nie sprawia tyle radości, co popychanie pierdół na stanowisku z partnerem ;) Sokolica delikatnie poskromiona i to nawet dwa razy chyba nas polubiła, ponieważ nie pozwoliła na to, żeby dopadły nas opady niezapowiedzianego deszczu. Nie tracąc czasu wybraliśmy się jeszcze na małe zwiedzanie miasta Kraka, choć nie ukrywam, że najbardziej cieszyła mnie perspektywa wypasionego żarełka!
Sobota niestety nie była dla nas łaskawa i od rana (mimo ćwierkania drobiu) poczęstowała nas zdrowymi kroplami wody, więc gdyby nie Michał, praktycznie nie dotknęlibyśmy skały. Zebraliśmy więc cały rynsztunek i pomknęliśmy w kierunku Podlesic. Zdecydowanie miłym akcentem wyjazdu było ognisko u Łysego (gin + kiełbaski przegryzane rzodkiewką to jest to!!! o! o! o!) i skomplikowane dyskusje na tematy związane z wychowywaniem dzieci.
Na dobitkę, w słusznej obawie przed tłokiem w Rzędkach zaszczyciliśmy swoją obecnością Bibliotekę, gdzie zaskoczyła nas swoją szczególną urodą Lewa żółta ścianka – polecamy.

Naszym łupem (OS) padły:

Sokolica:
Lot na Brandysa
Lewy komin

Zaklęty mur:
Sekwencja
Noc listopadowa
Trawersy Kentucky (no prawie się udało ;)
Potańcówka

Góra Zborów – Młyny:
Bumerang (Piotrek)

Biblioteka:
Lewa Żółta ścianka
Droga bez nazwy (dwie drogi na lewo od LŻŚ)

czwartek, 21 maja 2009

Na życzenie Włodka:)


W czasie gdy Chłopaki przygotowywali się mentalnie i fizycznie na Chorwacką ekspedycję, ja postanowiłam nie być gorszą i zaatakować Jurę.

Pierwsze przymiarki zaczęły się od krótkiego wypadu "rozeznaniowego" w przedostatni weekend kwietnia. Jak miło było powrócić po długiej zimie, spotkać znajomych i powłóczyć się wśród Podlesickich skał...Wyjazd był mocno rozgrzewkowy. Mimo to, razem z Bartkiem zaatakowaliśmy rysę bez nazwy (wariant Diagonali uciekający w jej połowie na prawo). Nie zniechęciło mocne wahadło, potłuczone plecy, poranione palce i mocne zmęczenie... "Zawieszamy wędę i będziemy męczyć. Aż pójdzie!" zaapelowałam do Bartka. Za którymś razem poszło.Weekend się skończył. Umówiliśmy się na majówkę na próbę poprowadzenia rysy.


Plany sie zmieniły. Majówkę mieliśmy spędzić w większym gronie w Rzędkach. Rano w czwartek byliśmy z Barktiem na miejscu. Reszta znajomych miała dojechać po południu. Jednak i tutaj plany ponownie przybrały inny tor. Gdzieś po godzinie 21...deszcz, burza a my bez namiotu...krótki telefon do Jarka...Niepewność czy znajdzie się dla nas miejsce w Podlesicach..."Przyjeżdzajcie!" Sa dwa rodzaje znajomych. Na jednych możesz liczyć zawsze i wszędzie. Nawet w środku nocy.Inni są Twoimi znajomymi tylko wtedy, gdy jesteś im potrzebny...bez komentarza. Jako, że w trudnych sytuacjach zawsze trzeba znaleźć jakąś jasną stronę, pocieszaliśmy się z Bartkiem faktem, że będziemy mieli okazję na poprowadzenie niedkończonej rysy na Długiej Granii. Bartkowi się udało. Gratulacje! Mnie sie nie udało. T. Piotrowski pisał, że podobno "Niemożliwe - to raczej bariera psychiczna niż fizyczna". Zabrakło mi psychy. Może następnym razem...
Znaleźliśmy sobie inny cel. Skrzata.Złośliwe, małe, zapomniane stworzenie, ze starymi spitami. Podobno dość techniczna droga. Zawiesiliśmy wędę.Poszłam na pierwszy ogień. Z blokiem w połowie. Pierwszy raz robiłam takie trudności.Palce mi się trzęsły. Zmęczenie połączone z radością. Mimo, że nie było to "czyste" przejście,to bardzo budujące. Bartek po paru dniach poprowadził skrzata. Jego pierwsze VI.2 RP :)
Odwiedziliśmy też z Jarkiem i Dzikusem Mirów. Żytnia Wyborowa I Inne Kobiety VI.1 OS. Mętlik totalny w głowie bo jakoś nam łatwo poszło...Zjechałam i mowię do Bartka "kurde...jesteś pewien że to było VI.1?" Potem siedzieliśmy i patrzyliśmy jak inni sie tam męczyli, więc może i miało to jednak VI.1."Może to po tym Skrzacie nam tak łatwo poszło" myślał na głos Bartek. Sama nie wiem...Odniosłam wrażenie, że bardziej się nagimnastykowaliśmy na Tatrzańskiej Piątce na turni Kukuczki (piękna droga notabene) niż na Żytniej...
Sezon zaczęty.Ja jestem bardzo zadowolona, mimo, że nie udało mi się wszystkich dróg dokończyć. No ale w końcu to dopiero maj...jeszcze pare miesięcy przede mną :)

PS. Wielkie dzięki za wino chorwackie :)